To miał być mecz, w którym Zagłębie postawi się faworytowi, a Mateusz Dziewiatowski będzie świętował swój wielki moment. Rzeczywistość zweryfikowała te plany brutalnie. Pomocnik Miedziowych wprost przyznaje, że taktyka przygotowywana przez sztab legła w gruzach błyskawicznie, a to, co działo się w pierwszej połowie, było dla gości bolesną lekcją futbolowego pragmatyzmu.

Kiedy plan przestaje działać
Wypowiedzi pomeczowe rzadko bywają tak szczere w diagnozie taktycznej bezradności. Mateusz Dziewiatowski nie szukał usprawiedliwień w „słabszym dniu”, lecz wskazał na konkretny moment, w którym posypała się gra lubinian. Był nim szybko stracony gol. To on sprawił, że misternie układany scenariusz na spotkanie z Pogonią Szczecin trzeba było wyrzucić do kosza.
Co gorsza, lubinianie zderzyli się ze ścianą w postaci niesamowitej wręcz efektywności gospodarzy.
„Szkoda tej pierwszej połowy, gdyż Pogoń oddała trzy celne strzały i wszystkie zamieniła na gole” – zauważa gorzko Dziewiatowski.
Ten statystyczny nokaut – 100% skuteczności rywala – sprawił, że drużyna schodziła do szatni z bagażem trzech bramek i świadomością, że pierwsza część gry, obserwowana przez młodego pomocnika z ławki, ustawiła całe widowisko.
Co działo się w szatni Zagłębia Lubin?
W przerwie w szatni Zagłębia zapadły męskie decyzje. Trener Leszek Ojrzyński, widząc wynik 0:3, zdecydował się na radykalne kroki. Na murawę wpuszczono Dziewiatowskiego, a zespół otrzymał nowe, desperackie wytyczne: koniec z asekuracją.
„Przede wszystkim mieliśmy bardziej ryzykować i starać się zdobyć bramkę. Nie mieliśmy nic do stracenia, więc chcieliśmy ruszyć ofensywnie od samego początku” – relacjonuje kulisy rozmowy w szatni zawodnik.
Próba „odwrócenia losów spotkania” była widoczna w nastawieniu, ale zderzyła się z boiskową rzeczywistością. Ryzyko nie przyniosło spektakularnego powrotu, a jedynie obnażyło kolejny problem Miedziowych tego dnia – własną nieskuteczność, która pozwoliła na zdobycie zaledwie jednej bramki przy pięciu straconych.
Paradoksem tego wieczoru stał się fakt, że w tak trudnym meczu Dziewiatowski przełamał się na poziomie PKO BP Ekstraklasy. Jego gol był efektem jednej z niewielu udanych akcji ofensywnych, zainicjowanej prostopadłym podaniem do Kajetana Szmyta.
„Kajetan (…) dośrodkował w pole karne Pogoni. Udało mi się dobrze przyłożyć głowę do strzału i umieścić piłkę w siatce” – opisuje technicznie swoje trafienie pomocnik.
Bramka ta, choć historyczna dla samego zawodnika, w kontekście wyniku 1:5 miała posmak porażki. Dziewiatowski sam przyznał, że „szkoda z perspektywy meczu, że ten gol nie przyniósł zdobyczy punktowej”, co najlepiej podsumowuje nastroje panujące w ekipie z Lubina po ostatnim gwizdku w Szczecinie.

