Po dwóch i pół roku nieobecności FC Barcelona wraca na Camp Nou, a okoliczne lokale gastronomiczne odetchną z ulgą. Exodus drużyny do Montjuïc okazał się prawdziwym koszmarem dla przedsiębiorców z Les Corts – niektórzy stracili nawet 70% obrotów. Tegoroczny powrót Barçy to nie tylko wielkie święto dla kibiców, ale przede wszystkim szansa na przetrwanie dla wielu firm.

W skrócie:
- Lokale wokół Camp Nou straciły od 50% do 70% swoich obrotów podczas dwuletniego exilu Barçy w Montjuïc
- Właściciele narzekają, że zamiast zapowiadanego roku remontów, stadionu nie było dwa i pół roku
- Powrót meczów do Camp Nou to ratunek dla lokalnych biznesów – pizzerie, bary i restauracje przygotowują się na nawałnicę klientów
Dwa i pół roku bez meczów to recepta na bankructwo
Kiedy w maju 2023 roku Camp Nou zamknął swoje podwoje na remont, nikt w okolicy nie spodziewał się, że dramat potrwa aż tak długo. „Problem polegał na tym, że powiedziano nam, że prace potrwają tylko rok. Minęło dwa i pół roku, a nie rok.” – przyznają właściciele lokalnych biznesów. To nie jest zwykłe narzekanie – to krzyk rozpaczy ludzi, którzy widzieli, jak ich przedsiębiorstwa umierają w zwolnionym tempie.
Bar 3 Copes, Casa Pin, La Pepa i Camp & Pizza – cztery lokale, które przez lata żyły rytmem Camp Nou. W dni meczowe tłumy kibiców wypełniały te miejsca po brzegi, zamawiając piwo, tapas i pizzę. Teraz? Pustka. „Ostatnie dwa lata były dla nas bardzo trudne; spadliśmy o 70%.” – to zdanie powtarzają właściciele niemal chórem. Spadek o 70% to nie jest lekki siniak – to prawie śmiertelna rana dla każdego biznesu.
Wyobraźcie sobie, że prowadzicie firmę i nagle tracicie trzy czwarte przychodów. Nie na miesiąc, nie na kwartał – na dwa i pół roku. Czynsz płacić trzeba, pracownicy chcą pensji, dostawcy nie dają towaru za darmo. A klienci? No właśnie, klientów nie ma, bo wszyscy pojechali za Barçą do Montjuïc.
„Zamiast roku czekaliśmy dwa i pół” – frustracja lokalnych przedsiębiorców
Najbardziej frustrujące w całej sytuacji jest właśnie to przedłużające się oczekiwanie. Gdyby właściciele wiedzieli od początku, że remont potrwa tak długo, mogliby odpowiednio zaplanować działania – może zamknąć interes na ten czas, może przenieść się w inne miejsce, może zmienić profil działalności. Ale nie – dostali informację o jednym roku i na tej podstawie podjęli decyzje biznesowe.
Każdy następny miesiąc zwłoki był jak kolejne pchnięcie nożem. Nadzieja, że już niedługo, że za chwilę, że w następnym sezonie… i nic. Les Corts zmieniło się nie do poznania. Ulice, które w dni meczowe tętniły życiem, teraz wyglądały jak miasto widmo. Ci, którzy przetrwali, musieli drastycznie ciąć koszty, zwalniać ludzi, rezygnować z inwestycji.
Camp Nou znów otwiera podwoje – czy to koniec kryzysu?
W najbliższy weekend, 23 listopada, Camp Nou częściowo otwiera swoje bramy. Mecz z Athletic Club będzie pierwszym od dwóch i pół roku spotkaniem rozgrywanym w tym legendarnym miejscu. Co prawda stadion przyjmie „tylko” 45 000 widzów zamiast pełnej pojemności, ale dla lokalnych przedsiębiorców to i tak ogromna różnica.
Właściciele lokali już teraz szykują się na najazd. Zamówienia u dostawców wzrosły, grafiki pracowników zostały zagęszczone, a w magazynach pojawiło się więcej piwa niż przez ostatnie dwa lata łącznie. To ma być ich święto – święto przetrwania.
Czy jednak wszystko wróci do normy? Cóż, trudno powiedzieć. Dwa i pół roku to cholernie długo. Część klientów mogła się przyzwyczaić do innych miejsc, część mogła w ogóle zrezygnować z rytuału chodzenia na mecze. Inflacja też zrobiła swoje – ceny muszą być wyższe, a to może odstraszyć część fanów.
Z drugiej strony, powrót do Camp Nou to wydarzenie historyczne. Emocje są ogromne, nostalgia robi swoje. Kibice chcą wrócić do domu, a dom to nie tylko stadion – to cała okolica, te bary, te restauracje, ta niepowtarzalna atmosfera Les Corts w dzień meczu.
