Dani Carvajal, po długiej kontuzji, wraca do gry, dając fantastyczny sygnał w zamkniętym meczu z Leganés. Hiszpan nie tylko założył opaskę kapitana, ale i pokazał, że jest gotów rzucić rękawicę nowemu nabytkowi, Trentowi Alexandrowi-Arnoldowi. Wojna o prawą obronę w Madrycie zapowiada się pasjonująco.

W skrócie:
- Dani Carvajal po ciężkiej kontuzji wrócił do gry jako kapitan w sparingu z Leganés, pozostawiając po sobie doskonałe wrażenie.
- Prawie rok temu Hiszpan zerwał więzadło krzyżowe, więzadło poboczne zewnętrzne i ścięgno podkolanowe, co groziło końcem jego kariery na najwyższym poziomie.
- Powrót Carvajala oznacza początek zaciętej rywalizacji o miejsce w składzie z nową gwiazdą, Trentem Alexandrem-Arnoldem, co sam zawodnik skomentował w zdecydowany sposób.
Wojownik znów na posterunku. Ale czy tron nie jest już zajęty?
Wrócił. Ten, którego w Valdebebas nazywają „bestią”, znowu dał o sobie znać. W piątkowej kanonadzie przeciwko Leganés (mecz odbył się bez udziału publiczności), najlepszym obrazkiem wcale nie były bramki, a uścisk dłoni przed pierwszym gwizdkiem. Tam, w centrum, stał uśmiechnięty Dani Carvajal z opaską kapitana na ramieniu. Opaską, która po odejściu Luki Modricia należy już do niego, zawsze gdy tylko postawi stopę na murawie. I w starciu z sąsiadami z Madrytu postawił ją bardzo, bardzo mocno.
Odczucia są wyśmienite. To główny wniosek, jaki na siłę można wycisnąć z pojedynku owianego tajemnicą. „Wyglądał naprawdę dobrze, a to bardzo ważny szczegół” – komentował na antenie radia SER bramkarz Leganés, Miguel San Román. W Madrycie nikt jeszcze nie strzela korkami od szampana, ale wszyscy zerkają już na butelki. Powrót kapitana niesie ze sobą potężną dawkę nadziei. Jego ryk znów słychać na korytarzach ośrodka treningowego.
To nie były jego pierwsze minuty od feralnego 5 października, ale z pewnością najważniejsze. Wrócił już na chwilę w USA przeciwko PSG, ale to było raczej symboliczne wejście na boisko w 71. minucie przy rozstrzygniętym meczu. Teraz chodzi o powrót na serio. O odzyskanie czucia, o gotowość do zbierania minut na najwyższym poziomie.
311 dni piekła. Pamiętacie ten krzyk?
Jego rehabilitacja nie była spacerkiem po parku. Zerwanie więzadła krzyżowego nigdy nie jest, a co dopiero, gdy do tej diagnozy dorzucimy uszkodzenie więzadła pobocznego zewnętrznego i ścięgna podkolanowego. Potrójny cios, który mógł złamać każdego. Minęło 311 dni od tamtego wieczoru i krzyku rozpaczy na Bernabéu. Mecz z Villarreal, wynik 2:0, 93. minuta i wydawało się, że zaraz usłyszymy końcowy gwizdek. Niestety, los miał inne plany. Brutalne zderzenie z Yeremym Pino zmroziło cały stadion.
Od pierwszej sekundy czuć było, że stało się coś strasznego. Czuł to też sam Carvajal. I właśnie wtedy, leżąc na murawie, rozpoczął swoją rehabilitację – świadomy, że czeka go długa i wyboista droga. Operacja wyznaczyła ramy czasowe: od ośmiu do dziesięciu miesięcy. Minęło dziesięć miesięcy i siedem dni, a Dani nie tylko wrócił, ale wygląda, jakby nigdy nie odchodził. W klubie upierają się, żeby schować fajerwerki do szafy i zachować spokój. Ale lont odpalił sam Carvajal. Swoim wysiłkiem, zaangażowaniem i postawą na boisku.
„Strach? Będzie rywalizacja”. Zderzenie dwóch światów na prawej obronie
Jego najbliższa przyszłość to spokój i łapanie kolejnych kilometrów w nogi, które zbyt długo odpoczywały od gry na najwyższych obrotach. Ale w średnim terminie cel jest jeden: realna walka o skład z Trentem Alexandrem-Arnoldem. Nie o bycie niekwestionowanym numerem jeden, bo to przy dwóch kozakach tej klasy byłoby mrzonką, ale o grę w tych najważniejszych, wielkich wieczorach. To właśnie ta rywalizacja ma wycisnąć z obu zawodników absolutne maksimum. Spytany o to wprost, Carvajal nie bawił się w dyplomację:
„Strach? Będzie zdrowa rywalizacja, ale nigdy nie będziemy mówić o strachu; będziemy kolegami z drużyny. Konkurencja wzmacnia obu z nas, nie martwi mnie to. To coś, co pozwoli nam wykrzesać z siebie najlepszą wersję, co z kolei przysłuży się zespołowi”.
Real Madryt jeszcze nie zna tej najlepszej wersji Trenta, ale w Liverpoolu Anglik udowodnił, że jest jednym z najlepszych prawych obrońców na świecie. Być może najbardziej wpływowym w ofensywie, z jedwabistą prawą nogą (23 gole i 92 asysty w 354 meczach) i profilem bliższym środkowemu pomocnikowi niż obrońcy. Potencjał obu jest gigantyczny. Ale to rozmowa na później. Najpierw kolejny test dla Carvajala – we wtorek w Innsbrucku przeciwko Tirolowi. Tym razem już przed kamerami. I wtedy zobaczymy, jak blisko jest prawdziwy, ryczący lew.

