Gdy w sierpniu Nowy Jork rozbrzmiewa szumem trybun Flushing Meadows, świat tenisa przypomina sobie, że to właśnie US Open wielokrotnie zmieniało zasady gry – i to nie tylko na korcie.

Początki w XIX wieku
Korzenie turnieju sięgają 1881 roku, kiedy w Newport Casino w Rhode Island rozegrano pierwsze mistrzostwa narodowe. Wtedy rywalizowali wyłącznie panowie w singlu i deblu. Dopiero kilka lat później dołączono kobiety – singiel w 1887 r., debel w 1889 r., a mikst w 1892 r. To była pierwsza rewolucja: tenis stawał się dyscypliną naprawdę otwartą.
Kolejnym przełomem był rok 1968, kiedy wszystkie konkurencje połączono pod jednym szyldem – United States Open Tennis Championships. Od tego momentu na kortach mogli rywalizować razem profesjonaliści i amatorzy. Pierwszymi triumfatorami byli Arthur Ashe i Virginia Wade, a tenis wkroczył w zupełnie nową epokę.
Dekadę później turniej przeniósł się do Flushing Meadows, gdzie rozgrywany jest do dziś. To właśnie tam w 2006 roku obiekt nazwano imieniem Billie Jean King – ikony, która wymusiła na organizatorach równe nagrody dla kobiet i mężczyzn.
Społeczne przełomy
US Open był także miejscem przełamywania barier rasowych. W 1950 roku na kort wyszła Althea Gibson, pierwsza Afroamerykanka w historii turnieju. Kilka lat później została także pierwszą czarnoskórą mistrzynią Wimbledonu, Rolanda Garrosa i amerykańskich mistrzostw.
W 1973 roku Billie Jean King zagroziła bojkotem i doprowadziła do historycznej decyzji: kobiety po raz pierwszy w Wielkim Szlemie zaczęły zarabiać tyle samo, co mężczyźni. Rok 2023 świętowano jako półwiecze równej płacy w Nowym Jorku.
Turniej innowacji
To właśnie w US Open pojawiły się nocne mecze (1975), zmieniano nawierzchnie – od trawy, przez krótki epizod na mączce, aż po dzisiejszy twardy DecoTurf. A od 1987 roku zwycięzcy odbierają trofea stworzone przez jubilera Tiffany & Co. – dziś niemal tak samo kultowe jak sama rywalizacja.
Największa pula nagród
Amerykański Wielki Szlem słynie też z rekordowych pieniędzy. W 2025 roku pula nagród osiągnęła 90 mln dolarów, a zwycięzcy singla zgarną po 5 mln. To kwoty wyższe niż na Wimbledonie, Roland Garros czy Australian Open – i kolejny dowód, że US Open pozostaje najbardziej prestiżowym „finałem sezonu”.


