Jeszcze cztery dni temu wydawało się, że Real Madryt wraca na właściwe tory. Trzy gole w San Mamés dały kibicom powód do optymizmu i nadzieję na lepszą przyszłość. Niestety, ta ulga trwała zaledwie kilka dni. Porażka z Celtą w niedzielny wieczór na Bernabéu ponownie obnażyła wszystkie słabości królewskich i postawiła pod znakiem zapytania niemal każdy aspekt gry zespołu.

W skrócie:
- Real Madryt przegrał z Celtą 0:2, tracąc cztery punkty do Barcelony, podczas gdy pięć kolejek temu prowadził o pięć
- Xabi Alonso nie potrafił zmotywować drużyny przez pierwsze 65 minut meczu, a zespół pokazał zerową intensywność w grze
- Jedynie Tchouameni i Vinicius zasłużyli na pochwały w fatalnym spotkaniu, które dodatkowo skomplikowały kontuzje i czerwona kartka
Xabi Alonso bezradny wobec letargu swoich podopiecznych
Real Madryt wszedł w niebezpieczną fazę sezonu. Dezorientacja i brak charakteru wielu zawodników stawiają pod znakiem zapytania kompetencje Xabiego Alonso, który w meczu z Celtą wydawał się kompletnie bezradny. Dopiero sędzia – ten sam, który wyprowadził ich z letargu – zdołał w jakiś sposób poruszyć drużynę. Niestety, stało się to za późno.
Królewscy zaprezentowali się na Bernabéu w sposób, który można określić tylko jako katastrofalny. Przez pierwsze 65 minut meczu zespół grał tak, jakby sprawa ich nie dotyczyła.零 napięcia rywalizacyjnego, zero zaangażowania. To nie jest poziom, którego oczekuje się od drużyny претendującej do najwyższych trofeów.
„Jeśli trzy gole w San Mamés służyły jako przepustka do patrzenia na sezon z pewnym optymizmem, rozejm trwał tylko cztery dni.”
Xabi Alonso próbował reagować zmianami – wpuścił najpierw Rodryo, potem Gonzalo. Ale to było wszystko. Brak planu B, brak pomysłu na rozbudzenie drużyny. A w środę przylatuje Manchester City. Oczy szeroko otwarte.
Bernabéu w panice, a Barcelona oddala się w tabeli
Liczby mówią wszystko. Jeszcze pięć kolejek temu Real Madryt prowadził w tabeli z przewagą pięciu punktów nad Barceloną. Dziś sytuacja wygląda odwrotnie – to królewscy tracą cztery punkty do katalońskiego rywala. Taka zmiana w tak krótkim czasie to coś więcej niż zwykły kryzys formy. To strukturalny problem.
Bernabéu zaczęło wchodzić w stan paniki. Kibice widzieli już tę historię wcześniej – obiecujące momenty, a potem nagły regres. Dejaż, brak intensywności w pressingu, pasywność w pojedynkach. Wszystkie te problemy, które wydawały się rozwiązane po meczu w Athletic, wróciły ze zdwojoną siłą.
Kontrowersyjny arbiter i nieliczne jasne punkty
Choć sędzia Alejandro Quintero podjął kilka dyskusyjnych decyzji, jego „atak” w pewnym sensie pomógł Realowi. Przynajmniej niektórzy gracze się obudzili. Tchouameni i Vinicius byli jedynymi, którzy można było uratować z tego tonącego okrętu. Reszta? Przeciętność w najlepszym wydaniu.
Xabi Alonso po meczu narzekał: „Arbiter nas rozregulował swoimi decyzjami.” Ale czy to rzeczywiście arbiter był problemem? Czy może raczej fakt, że drużyna przez ponad godzinę grała jakby była na treningu regeneracyjnym?
Królewscy są już oblężeni przez kontuzje. A od niedzielnego wieczoru dochodzą do tego jeszcze zawieszenia za kartki. Sytuacja robi się naprawdę niebezpieczna. Za trzy dni Manchester City. Za tydzień kolejny trudny ligowy mecz. A forma? Gdzieś zaginęła między San Mamés a Bernabéu.
Egzamin dla Realu Madryt pod wodzą Xabiego Alonso miał nadejść dopiero po Superpucharze. Ale mecze takie jak ten z Celtą zostawiają ślad. I to głęboki. Pytanie brzmi: czy Real zdoła się podnieść, zanim będzie za późno na odrobienie strat w lidze? A może Barcelona już definitywnie odjechała?
