Taylor Fritz był blisko zapisania się w historii amerykańskiego tenisa już rok temu, gdy dotarł do finału US Open i został pierwszym zawodnikiem z USA w wielkoszlemowym meczu o tytuł od czasów Andy’ego Roddicka w 2009 roku. Choć wtedy musiał uznać wyższość Jannika Sinnera, teraz 27-letni Kalifornijczyk ponownie melduje się w Nowym Jorku i stawia sobie jasny cel – powalczyć o jeszcze więcej.

„Nie chcę myśleć o zeszłym roku”
W rozmowie z Associated Press Fritz przyznał, że stara się nie rozpamiętywać zeszłorocznych emocji.
– „Szczerze mówiąc, staram się o tym nie myśleć. Chcę zrobić wszystko tak jak ostatnio – nie patrzeć w drabinkę, nie kalkulować, nie wybiegać myślami do końca turnieju” – powiedział.
Minione miesiące były dla Fritza przełomowe. Awansował na 4. miejsce w rankingu ATP, ustępując jedynie Sinnerowi, Carlosowi Alcarazowi i Alexanderowi Zverevowi. To właśnie z tymi rywalami przychodziło mu przegrywać w decydujących momentach: z Sinnerem w finale US Open 2024 i w finale ATP Finals, a z Alcarazem w półfinale tegorocznego Wimbledonu.
Kanadyjczyk Gabriel Diallo, który odczuł siłę gry Amerykanina podczas londyńskiego turnieju, mówił wprost: – „Przeciwko takim rywalom musisz grać odważnie i przejmować inicjatywę. Jeśli pozwolisz Fritzowi dyktować warunki, wynik będzie oczywisty”.
Potężny serwis i twardsza psychika
Fritz imponuje mocnym serwisem i forehandem, a jego return stał się znacznie bardziej regularny. Co jednak najważniejsze – poprawił przygotowanie fizyczne i wytrzymałość. Na Wimbledonie wygrał dwa pięciosetowe pojedynki w pierwszych rundach, co wcześniej mogło być dla niego problemem.
Trener zawodnika, Michael Russell, uważa, że kluczem do sukcesów jest konsekwentna praca i nowe doświadczenia:
– „Idąc dalej w turniejach, nabiera pewności siebie. Widać, że ciężka praca przynosi efekty. To efekt kuli śnieżnej”.
Ciężar odpowiedzialności czy własne ambicje?
Fritz zdaje sobie sprawę, że amerykańscy kibice czekają na wielkoszlemowe zwycięstwo rodaka od 2003 roku, kiedy triumfował Roddick. Sam jednak podkreśla, że presja, jaką czuje, pochodzi wyłącznie od niego:
– „Nie mam poczucia, że inni liczą na mnie. Wszystko wynika z mojej własnej chęci. Oddałem całe życie tenisowi i chcę wygrać Szlema. To moje największe marzenie”.
Najbardziej żywe wspomnienie z ubiegłorocznego US Open? Półfinał, w którym pokonał swojego przyjaciela Francesa Tiafoe i zapewnił sobie pierwszy finał Wielkiego Szlema w karierze.
– „Dla takich chwil gram w tenisa. To uczucie, które daje największą radość” – wspomina.


