Lech Poznań czeka rewanż z KRC Genk w czwartej rundzie eliminacji Ligi Europy. Choć kierunek podróży wydaje się oczywisty, plan Kolejorza kryje w sobie pewien logistyczny paradoks – mistrzowie Polski zatrzymają się nie w Belgii, a po sąsiedzku, po holenderskiej stronie granicy.

Lech przed starciem z Genk: Nietypowa sytuacja noclegowa
Sztab wybrał hotel w Holandii, ulokowany mniej więcej w połowie drogi między lotniskiem a Cegeka Areną. Dzięki temu dojazd na obiekt KRC Genk zajmuje maksymalnie 25 minut – jedną, przewidywalną trasą autostradą. Harmonogram dnia domykają obowiązki medialne i boiskowe: o 18:00 konferencja prasowa z trenerem Nielsem Frederiksenem i wskazanym zawodnikiem, a o 18:30 – oficjalny trening na murawie w Genk.
Dzień rewanżu zaplanowano tak, by minimalizować zbędne przemieszczanie się. Zespół operuje z holenderskiej bazy, a przedmeczowa logistyka sprowadza się do krótkiego przejazdu na stadion i zamknięcia rutyny rozgrzewkowej. Pierwszy gwizdek o 20:00 – po meczu Kolejorz wraca na noc do Holandii, co pozwala uniknąć pakowania w pośpiechu i wchodzić w regenerację natychmiast po spotkaniu.
Poranek stoi pod znakiem krótkiej jednostki na obiektach KRC Genk – to standardowe „przepłukanie” po meczu i sprawdzenie stanu obciążeń u tych, którzy zagrali mniej minut. Po obiedzie drużyna kieruje się na lotnisko. O 15:00 planowany jest wylot do stolicy Wielkopolski, tak by jeszcze tego samego dnia zamknąć tygodniowy cykl pracy.
Margines czasu jest celowo wąski – w niedzielę o 17:30 Lech gra przy Bułgarskiej z Widzewem Łódź. Cały plan wyjazdowy jest więc podporządkowany nie tylko europejskiej potyczce w Genk, ale i płynnemu przejściu do rytmu PKO BP Ekstraklasy. Krótki lot, krótki dojazd na stadion i stałe nocowanie w jednej bazie mają ograniczyć szum logistyczny i zostawić energię tam, gdzie ma ona największą wartość – na murawie.

