Wyobraźcie sobie pokój pełen szachistów, gdzie jeden gracz wygrywa partie jeszcze przed wykonaniem pierwszego ruchu przez przeciwnika. Brzmi absurdalnie? Witajcie w świecie tenisa męskiego roku 2025, gdzie Jannik Sinner zamienił korty w swój prywatny ogród, a reszta zawodników przypomina statystów w spektaklu, którego finał znamy już po pierwszym akcie.

Dwadzieścia trzy zwycięstwa w ostatnich dwudziestu czterech meczach. Osiem tytułów w sezonie, w tym dwa szlemy. Numer jeden przez niemal cały rok. Gdyby to była gra komputerowa, wszyscy już dawno oskarżaliby Włocha o używanie „cheatów”. Tyle że tu nie ma kombinacji klawiszy, która przywróciłaby równowagę. Jest tylko chłodni, metodyczny morderca kortu, który rozkłada rywali z precyzją szwajcarskiego zegarka.
Ale czy to wina Sinnera, że jest za dobry, czy reszty stawki, że jest za słaba?
Pokolenie tenisistów bez następców
Spojrzmy prawdzie w oczy: tenis męski przechodzi kryzys tożsamości. Po odejściu Wielkiej Trójcy – Federera, Nadala i Djokovica w wieku, w którym większość śmiertelników szuka klapek pod łóżkiem – zostaliśmy z pokoleniem, które miało przejąć stery. Miało, ale jakoś nie przejmuje. Alcaraz? Błyskotliwy, ale nieprzewidywalny jak hiszpańska pogoda. Medvedev? Czasami genialny, czasami wygląda, jakby grał pierwszym razem w życiu. Rublev? Tłukący piłkę z furią spartan spod Termopil, ale z głową strategiczną czasem przypominającą kamień.
A Sinner? Sinner to cyborg w ciele człowieka. Nie ma spektakularnych wybuchów emocji, nie rzuca rakietą, nie krzyczy w niebogłosy. Po prostu wychodzi na kort i systematycznie demontuje przeciwników, jakby składał meble z IKEA – krok po kroku, bez zbędnych emocji, z instrukcją w głowie.
To właśnie jest problemem współczesnego tenisa. Sinner nie gra w tenis – on go przeprogramowuje. Jego bekhand to nie uderzenie, to manifest. Serwis to nie otwieranie punktu, to komunikat: „dziś kończymy w trzech setach, szanowni państwo”. Gdy inni szukają jeszcze rytmu w pierwszym gemie, Włoch już ma przeciwnika na rusztowaniu.
Czy to oznacza koniec tenisa jako widowiska? Nie sądzę.
Walka o przyszłość widowiska
To raczej bolesna lekcja dla całej reszty stawki. Michael Jordan też przez lata niszczył konkurencję w NBA, a jednak nikt nie mówił, że koszykówka umiera. Problem w tym, że w tenisie nie ma draftu, który by wyrównał siły. Jest tylko twarda praca, talent i pytanie: kto z młodego pokolenia ma odwagę rzucić wyzwanie maszynie z Włoch?
Może dlatego tak bardzo potrzebujemy kogoś, kto zatrzyma ten walec. Nie dlatego, że Sinner jest złym mistrzem – przeciwnie, jest mistrzem idealnym. Ale sport żyje nieprzewidywalnością, a nieprzewidywalność wymaga równorzędnych gladiatorów na arenie. Czy Alcaraz znajdzie w sobie konsekwencję Włocha? Czy pojawi się ktoś, kto będzie równie zimny i metodyczny? Czy może tenis męski zmieni się na tyle, że przestanie wystarczać samo doskonałe wykonanie?
Jedyne, co wiemy na pewno, to że Sinner nie zamierza zwalniać. A reszta świata? Reszta świata musi w końcu znaleźć sposób, żeby przestać grać w jego rytmie i narzucić własny. Bo inaczej ten felieton za rok będzie dotyczył tego samego problemu – tylko zamiast „Sinner vs reszta świata” będzie nosił tytuł „Sinner vs cała galaktyka”.
I kto wie? Może właśnie o to chodziło od początku.

