Marcin Różalski powraca do okrągłej klatki podczas gali XTB KSW 113 w łódzkiej Atlas Arenie, by zmierzyć się ze Stipe Bekavacem, jednak całe jego wynagrodzenie ma być przekazane na ratowanie koni. Były mistrz wagi ciężkiej kategorycznie ucina spekulacje o problemach finansowych, deklarując, że za występ w formule kickboxingu nie otrzyma osobiście ani jednej złotówki.

Ziemia dla koni zamiast luksusów
Marcin Różalski w rozmowie z serwisem InTheCage w ostrych słowach odniósł się do pojawiających się w przestrzeni publicznej komentarzy sugerujących, że jego powrót do sportu jest podyktowany problemami finansowymi. Zawodnik kategorycznie zaprzeczył, jakoby walka miała służyć podreperowaniu jego prywatnego budżetu czy zakupowi dóbr luksusowych. Wyjaśnił, że z tytułu nadchodzącego występu nie otrzyma osobiście ani jednej złotówki, a całe wynegocjowane honorarium zasili zbiórkę na wykup ziemi dla koni.
Różalski podkreślił przy tym paradoks swojej sytuacji, określając to mianem „walki charytatywnej dla samego siebie”, gdyż jako prezes stowarzyszenia walczy o przetrwanie swoich podopiecznych. Co istotne, zawodnik zaznaczył, że nabywany grunt nigdy nie stanie się jego własnością prywatną – w przypadku ustania działalności organizacji, majątek ten ma zostać przejęty przez Skarb Państwa.
W kontekście krążących plotek o braku funduszy, sportowiec odniósł się również do kwestii swojego nowego samochodu, który stał się obiektem kąśliwych uwag internautów. Różalski przyznał, że pojazd został nabyty na kredyt po tym, jak jego poprzednie auto uległo poważnej awarii. Wyznał nawet, że w obawie przed niesprawiedliwymi osądami w trakcie trwania zbiórki, przez pewien czas unikał korzystania z nowego samochodu. Podkreślił, że mimo posiadania zobowiązań bankowych, pieniądze z federacji są przekazywane bezpośrednio na cele statutowe fundacji, całkowicie omijając jego prywatne konto.
„Mogliśmy dać sobie po ryju”. Różalski o kulisach pogodzenia się z szefami KSW
Powrót do okrągłej klatki KSW był możliwy dzięki naprawieniu relacji z Maciejem Kawulskim i Martinem Lewandowskim. Różalski nie ukrywa, że w ich wspólnej historii dochodziło do spięć.
„My jesteśmy tylko ludźmi, możemy się pokłócić, możemy dać sobie po ryju, ale suma summarum na koniec dnia ludzie się godzą” – stwierdził zawodnik.
Dodał również, że jeśli istnieje prawdziwa nić koleżeństwa, to „mało jest rzeczy, których nie można naprawić”. Federacja zaproponowała mu walkę pod szyldem „Pomagaj pomagać”, co Różalski uznał za doskonały sposób na wsparcie jego fundacji.
Pod względem sportowym nadchodzące wydarzenie w łódzkiej Atlas Arenie zapowiada się niezwykle intensywnie. Marcin Różalski zmierzy się ze Stipe Bekavacem w formule K1, używając małych rękawic do MMA. Zawodnik cieszy się, że „nie dostaje jakiegoś no-name, tylko zawodnika z jakością”. Pojedynek zakontraktowany na trzy rundy po trzy minuty w kategorii ciężkiej ma być dla niego powrotem do korzeni.
O planowanym dla niego pojedynku zawodnik z Płocka dowiedział się na kilka chwil przed galą z ust swojego przyjaciela Artura Ostaszewskiego. Nagranie z ogłoszenia tej wieści zamieszczono w internecie, a sam zainteresowany przyznaje, iż nie było tu nic wyreżyserowane.
„Wiedziałem że Artur będzie i wiedziałem że coś się dzieje. Artur poinformował mnie że będzie miał spotkanie z Maćkiem Kawulskim. Mogłem mu powiedzieć, by tego nie robił, ale nie zrobiłem tak. A później dostałem telefon że jedzie do mnie i ma ważną sprawę. I tak właśnie stało się, jak się stało”.

