Dustin Poirier pożegnał się z oktagonem, ale nie z ciężarami. Były tymczasowy mistrz UFC znalazł sobie nową pasję – i jak się okazuje, jego żona nie zawsze jest tym zachwycona.

Emerytura po swojemu
„The Diamond” zakończył karierę po walce z Maxem Hollowayem na UFC 318 w Nowym Orleanie. Choć jeszcze zdążył spróbować sił w roli eksperta telewizyjnego przy UFC 319, to teraz większość czasu spędza w domu – gdzie urządził własną siłownię.
Na ścianie wymalował napis „Silly Goose Fitness Club”, nawiązując do swojego słynnego powiedzonka „Don’t be silly, jump the gilly” – czyli zachęty do zakładania gilotynowych duszeń. Dodatkowo powiesił naklejki z gęsiami w czerwonych bandanach.
„UFC, zabierzcie go z powrotem!”
Na reakcję żony, Jolie Poirier, nie trzeba było długo czekać. Gdy zobaczyła dzieło męża, wrzuciła na Instagram żartobliwy komentarz:
– „Nie no, serio UFC, zabierzcie go z powrotem” – napisała. – „Dustina nie można zostawić bez nadzoru” – dodała, publikując zdjęcia z siłowni.
Poirier kończył karierę z bilansem 22-9 (1 NC), mając na koncie zwycięstwa nad największymi gwiazdami wagi lekkiej. Przez ponad dekadę był jednym z najbardziej szanowanych zawodników organizacji – aż do ostatnich porażek z Islamem Makhachevem i Maxem Hollowayem, które przesądziły o odwieszeniu rękawic na kołek.
Choć Dustina nie zobaczymy już w oktagonie, wygląda na to, że z treningów nie zrezygnuje nigdy. Nawet jeśli teraz jego „Silly Goose Fitness Club” bardziej bawi niż straszy rywali.

