Legia Warszawa boleśnie przekonała się, że w Ekstraklasie nie ma łatwych meczów. Stołeczny zespół przegrał na wyjeździe z rewelacyjną Wisłą Płock, która w roli beniaminka wyrasta na największą niespodziankę początku sezonu. Wystarczył jeden celny cios – gol Marcina Kamińskiego – aby przerwać serię Legii i zapisać pierwszą ligową porażkę Wojskowych w obecnych rozgrywkach.

W skrócie:
- Legia przegrała po raz pierwszy w tym sezonie ligowym – 0:1 w Płocku.
- Marcin Kamiński zdobył swojego pierwszego gola w Ekstraklasie od blisko dekady.
- Wisła Płock umocniła się na pozycji lidera, zostawiając w tyle Cracovię.
Wystarczył jeden gol, żeby pokonać Legię
Mecz w Płocku rozpoczął się z przytupem. Gospodarze wcale nie zamierzali tylko bronić się przed renomowanym rywalem. Już w 11. minucie, po wyrzucie z autu i sprytnym dośrodkowaniu Jesusa Jimeneza, w polu karnym odnalazł się Marcin Kamiński. 33-latek, który wrócił do ligi po latach za granicą, z zimną krwią wykorzystał sytuację i wpakował piłkę do siatki. To jego pierwszy gol w Ekstraklasie od blisko dziesięciu lat – i od razu bezcenny.
Legia próbowała odpowiedzieć, ale jej plan gry przypominał zaklęty krąg. Dośrodkowania, kolejne wrzutki i liczenie na to, że Rajović lub Kapuadi coś wyczarują. Problem w tym, że Wisła ustawiła defensywę wzorowo. Rafał Leszczyński wyłapywał wszystko, a każda strata Marco Burcha napędzała kontry gospodarzy.
Legia bez planu B
Największym zarzutem wobec Wojskowych był brak elastyczności. Bartosz Kapustka starał się wziąć grę na siebie, ale wsparcie z drugiej linii praktycznie nie istniało. Piłka albo nie dochodziła do Rajovicia, albo była neutralizowana w powietrzu. Trener Legii wprowadzał zmiany, jednak one również nie odwróciły losów spotkania.
Wisła grała pragmatycznie – bez fajerwerków, ale z żelazną konsekwencją. Mariusz Misiura doskonale poukładał drużynę w defensywie, a beniaminek pokazał, że potrafi cierpieć na boisku i jednocześnie wygrywać. To coś, czego Legii w tym meczu zabrakło.
Beniaminek, który stał się liderem
Trzy zwycięstwa, jeden remis i teraz – skalp mistrzowskiego kandydata. Wisła Płock nie tylko przywitała się z Ekstraklasą w najlepszy możliwy sposób, ale też udowadnia, że miejsce na szczycie tabeli to nie przypadek. Zespół ma już trzy punkty przewagi nad Cracovią, a każde kolejne spotkanie tylko wzmacnia wiarę w to, że beniaminek może namieszać w lidze znacznie bardziej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Super