San Antonio Spurs w dramatycznych okolicznościach pokonali Orlando Magic 114:112, a losy spotkania ważyły się dosłownie do ostatniej syreny. Choć Jeremy Sochan spędził na parkiecie niespełna 20 minut, miał swój udział w czwartym zwycięstwie Ostróg na przestrzeni ostatnich pięciu spotkań.

Decydujące ułamki sekund i blok na wagę wygranej
Kluczowe dla losów rywalizacji okazały się ostatnie fragmenty czwartej kwarty, która przyniosła kibicom zgromadzonym w hali w Orlando prawdziwy rollercoaster emocji. Gdy na nieco ponad minutę przed końcem Magic zredukowali stratę do zaledwie jednego punktu (109:110), ciężar gry wziął na siebie De’Aaron Fox. Lider Ostróg trafił dwa rzuty, ale chwilę później Franz Wagner, faulowany przy próbie z dystansu, bezbłędnie wykorzystał rzuty wolne, doprowadzając do remisu.
Ostatnie słowo należało jednak do gości. Na zaledwie 1,4 sekundy przed końcem, nieprzepisowo zatrzymywany Fox ponownie stanął na linii rzutów wolnych, zamieniając obie próby na punkty (112:114). Gospodarze mieli jeszcze szansę na odwrócenie losów meczu – piłkę w kierunku kosza posłał Wagner, jednak jego rzut w efektownym stylu zablokował Luke Kornet, pieczętując tym samym cenny triumf San Antonio. To właśnie De’Aaron Fox był tej nocy niekwestionowanym liderem zespołu, notując 31 punktów, pięć zbiórek oraz pięć asyst.
Sochan aktywny – 4 punkty i 7 zbiórek
Reprezentant Polski tym razem otrzymał od sztabu szkoleniowego niespełna 20 minut gry. W tym czasie zdołał zapisać na swoim koncie cztery punkty, siedem zbiórek, jedną asystę oraz jeden przechwyt.
Swoje zdobycze punktowe Sochan zanotował w pierwszej fazie meczu, wchodząc z ławki i dając pozytywny impuls ofensywie. Najpierw skutecznie wykończył akcję rzutem ponad obrońcą po podaniu Davida Garcii Jonesa, a chwilę później popisał się czujnością, łapiąc piłkę w powietrzu i dobijając ją o tablicę. Te zagrania pozwoliły Ostrogom utrzymać prowadzenie (26:28) w zaciętej pierwszej kwarcie.
Huśtawka nastrojów pod nieobecność liderów
Podopieczni Mitcha Johnsona musieli radzić sobie bez kontuzjowanych filarów zespołu – Victora Wembanyamy oraz Stephona Castle’a. Mimo tych osłabień Spurs w pierwszej połowie zdołali zdominować rywali, schodząc na przerwę z prowadzeniem 49:58. Kluczem była wówczas defensywa, która ograniczyła Magic do zaledwie 36% skuteczności z gry i fatalnych 22% w rzutach za trzy punkty. W ataku gości napędzali m.in. Harrison Barnes i Devin Vassell.
Obraz gry uległ drastycznej zmianie w trzeciej odsłonie. Ostrogi zatraciły skuteczność z dystansu (trafiając tylko 1 z 10 prób), co bezlitośnie wykorzystali gospodarze. Mimo wszystko, to Spurs schodzili z parkietu jako zwycięzcy. Dzięki tej wygranej bilans Ostróg wynosi obecnie 15-6, co plasuje ich na wysokim, 4. miejscu w tabeli Konferencji Zachodniej.

