Erling Haaland bezlitośnie rozprawił się z historią Premier League, osiągając barierę 100 goli w tempie, które deklasuje wyniki takich legend jak Harry Kane czy Thierry Henry. Pep Guardiola, komentując ten wyczyn po spotkaniu z Fulham, wskazał wprost na „szalone liczby”.

Przepaść między mistrzem a legendami
Norweski napastnik potrzebował zaledwie 111 meczów, aby wejść do elitarnego „klubu stu”. Dokonał tego we wtorek na Craven Cottage, otwierając wynik w 17. minucie wygranego przez Manchester City 5:4 spotkania. Tempo Haalanda sprawia, że dotychczasowe osiągnięcia największych gwiazd ligi bledną. Harry Kane na ten sam dorobek pracował przez 141 spotkań, Sergio Aguero potrzebował ich 147, a Thierry Henry aż 160.
Haaland odebrał tym samym rekord Alanowi Shearerowi, najlepszemu strzelcowi w dziejach rozgrywek (260 goli), który swoją setną bramkę świętował dopiero w 124. występie. Pep Guardiola nie krył zdumienia skalą dominacji swojego podopiecznego.
„Te liczby są szalone. Szalone” – przyznał menedżer City. – „Dla napastników to coś ważnego, a jego statystyki nie podlegają dyskusji. Z pewnością jest jednym z najlepszych”.
Haaland pozostaje niewzruszony
Mimo że statystyki Haalanda są historyczne – łącznie 144 gole w 165 meczach dla City oraz triumfy w Premier League, Lidze Mistrzów i Pucharze Anglii – sam zawodnik podchodzi do nich z chłodnym profesjonalizmem. Choć przyznał, że rekord to „wielka rzecz” i powód do dumy, natychmiast zaznaczył, że w takim klubie jak Manchester City wybitna skuteczność jest obowiązkiem.
„Nie chcę wypowiadać tych słów, ale kiedy jesteś napastnikiem Manchesteru City, powinieneś dostarczać świetne liczby i to jest moja praca” – powiedział Haaland w rozmowie ze Sky Sports. Norweg posunął się nawet do stwierdzenia, że brak goli powinien spotykać się z negatywną oceną: „Ludzie powinni mnie krytykować, jeśli tego nie robię. To jest to, co ludzie zwykle robią, więc koniec końców… powinienem to dostarczać”.

