San Antonio Spurs, mimo zmarnowania dwudziestopunktowej przewagi, wyrwali zwycięstwo New Orleans Pelicans 135:132. Rola Jeremy’ego Sochana w tym spektaklu była niewielka – Polak na parkiecie spędził tylko cztery minuty.

Symboliczny występ reprezentanta Polski
Choć San Antonio Spurs odnieśli cenne zwycięstwo, polscy kibice mogą czuć spory niedosyt związany z decyzjami personalnymi sztabu szkoleniowego. Jeremy Sochan pojawił się na parkiecie w połowie pierwszej kwarty i jego krótki pobyt na boisku był bardzo intensywny. Polak niemal natychmiast zaznaczył swoją obecność, zdobywając punkty efektownym wsadem. W defensywie aktywnie walczył pod koszem z środkowym Pelicans, co zaowocowało trzema zbiórkami w obronie, a przy przekazaniu krycia skutecznie pomagał w powstrzymywaniu niższych zawodników rywali na obwodzie.
Mimo obiecującego początku, występ Sochana zamknął się w zaledwie czterech minutach pierwszej odsłony. Trener Mitch Johnson, szukając optymalnych rozwiązań taktycznych, zdecydował się na intensywne testowanie różnych ustawień i konfiguracji piątek, co tym razem odbyło się kosztem minut reprezentanta Polski.
W rotacji Ostróg istotnym wydarzeniem był powrót Stephona Castle’a, który pauzował od połowy listopada. Castle w swoim powrocie zaprezentował się solidnie, zdobywając 18 punktów w ciągu 23 minut gry, wypełniając lukę po wciąż nieobecnym z powodu kontuzji Victorze Wembanyamie.
Narodziny gwiazdy w dreszczowcu
Spotkanie w Nowym Orleanie miało niezwykle dramatyczny przebieg, choć do przerwy nic tego nie zapowiadało. Po dwóch kwartach Spurs prowadzili bezpiecznie 77:57 i wydawało się, że kontrolują wydarzenia na parkiecie. Sytuacja uległa diametralnej zmianie po przerwie, kiedy to gospodarze, osłabieni brakiem kontuzjowanego Ziona Williamsona, rzucili się do odrabiania strat. Trzecia kwarta zakończyła się nokautem 45:23 dla Pelicans, którzy przed decydującą odsłoną objęli prowadzenie 102:100. Motorem napędowym pościgu był Derik Queen. Gracz gospodarzy rozegrał wybitne zawody, notując triple-double z dorobkiem 33 punktów, 10 zbiórek i 10 asyst. Aż 29 „oczek” Queen zdobył w drugiej połowie, w tym 21 w samej trzeciej kwarcie.
W kluczowych momentach ciężar gry na swoje barki wziął jednak debiutant w barwach Spurs, Dylan Harper. To właśnie on, na dziewięć sekund przed końcową syreną, odważnym wejściem pod kosz wyprowadził swój zespół na prowadzenie 133:132. Harper rozegrał „mecz życia”, kończąc zawody z rekordowym w karierze dorobkiem 22 punktów, z czego dziewięć rzucił w ostatnich 12 minutach.
W samej końcówce szczęście uśmiechnęło się do gości – Derik Queen nie trafił z czystej pozycji, a faulowany taktycznie De’Aaron Fox ustalił wynik spotkania, bezbłędnie egzekwując rzuty wolne. Dzięki tej wygranej Spurs z bilansem 16-7 umocnili się na 5. miejscu w Konferencji Zachodniej. Kolejnym wyzwaniem dla zespołu z Teksasu będzie walka o ćwierćfinał NBA Cup w starciu z Los Angeles Lakers.

