Gdy Daniel Myśliwiec 5 września 2023 roku obejmował stery Widzewa Łódź, nikt nie spodziewał się, że jego 537-dniowa przygoda z czerwono-biało-czerwonymi stanie się studium przypadku tego, jak ważna jest ciągłość w pracy trenera – nawet jeśli kończy się niepowodzeniem. Historia szkoleniowca, który przeszedł drogę od A-klasy do Ekstraklasy, w Widzewie nabrała szczególnego wymiaru.

Misja: stabilizacja po latach chaosu
Jego głównym zadaniem było ustabilizowanie formy drużyny oraz walka o miejsce w środku tabeli Ekstraklasy poprzez systematyczne zwiększanie dorobku punktowego. Przez długi czas oceniano jego pracę pozytywnie, ponieważ konsekwentnie realizował postawione przed nim cele.
To nie była misja łatwa. Widzew to klub, który przez lata kojarzył się z chaosem organizacyjnym, problemami finansowymi i ciągłymi zmianami. Jeszcze w 2015 roku musiał rozpocząć od czwartej ligi po upadłości. Powrót do Ekstraklasy w 2022 roku to była dopiero pierwsza część odbudowy – drugą miała być właśnie stabilizacja.
Myśliwiec reprezentował zupełnie inne podejście niż jego poprzedni szefowie. Nie był gwiazdą mediów, nie szukał poklasku. W Strzelcu Frysztak potrafił przyjechać przed wszystkimi i skosić boisko, bo ktoś zapomniał tego dopilnować. W Lechii Tomaszów Mazowiecki zrywał się skoro świt, żeby o 7 rano przeprowadzić indywidualne zajęcia z bramkarzem, który później zasuwał do pracy.
Szary eminencja czy metodyczny budowniczy?
– Stworzę tutaj kolektyw – te słowa ze spotkania z Myśliwcem zapamiętał Ryszard Juda, wówczas prezes, dzisiaj kierownik Lechii Tomaszów Mazowiecki. To było jego hasło przewodnie – nie indywidualne gwiazdy, ale zespół.
W pierwszym sezonie w Widzewie udowodnił swoja wartość. Ubiegłe rozgrywki zakończono na 9. miejscu w ligowej stawce, awansując także do 1/4 finału Pucharu Polski. To były wyniki, które świadczyły o stabilności. Nie była to spektakularna gra, nie było fajerwerków, ale był progres i poczucie bezpieczeństwa.
Problem w tym, że w futbolu nie wystarcza być „szarym eminencją” – trzeba też dostarczać emocji. A Myśliwiec, choć skuteczny w budowaniu fundamentów, nie potrafił rozpalić kibiców do białości.
Kiedy ciągłość staje się przekleństwem
Sezon 2024/2025 rozpoczął się dla Widzewa obiecująco – po trzech kolejkach drużyna zajmowała się nawet na drugim miejscu w tabeli. Niestety, od 13. kolejki nastąpił gwałtowny kryzys. Widzew w kolejnych dziesięciu meczach zdobył punkty tylko trzykrotnie.
To była pułapka ciągłości. Myśliwiec przez półtora roku budował określony styl gry, określoną filozofię. Gdy przestało to działać, nie miał planu B. Jego siła – metodyczność i konsekwencja – stała się słabością. Drużyna była przewidywalna, a przeciwnicy nauczyli się neutralizować jej atuty.
Pod jego wodzą łodzianie odnieśli 22 zwycięstwa, 12 razy remisowali oraz 22-krotnie schodzili z boiska pokonani. Bilans bramkowy w tych meczach wyniósł 80 goli zdobytych i 80 straconych. Ten bilans – idealnie zrównoważony – to jakby metafora całej jego pracy. Ani za dużo, ani za mało. Stabilność w najczystszej formie.
Czy Widzew potrzebował więcej niż stabilizacji?
Problem Myśliwca polegał na tym, że przyszedł do klubu, który już nie walczył o przetrwanie, ale o coś więcej. Widzew to nie jest klub średniaka, który zadowala się utrzymaniem. To klub z tradycjami, z kibicami, którzy pamiętają Ligę Mistrzów i europejskie sukcesy.
Myśliwiec dał Widzewowi to, czego najbardziej potrzebował – stabilność organizacyjną i sportową. Ale czy to wystarczało? W klubie przyznają, że choć działał komitet transferowy, to nikt nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za transfery. Trenerowi nie podobała się większość kandydatur, a dyrektor sportowy sam nie podejmował decyzji.
To pokazuje, że problemy Widzewa sięgały głębiej niż tylko ławka trenerska. Myśliwiec stał się kozłem ofiarnym za systemic problemy klubu.
Lekcja o ciągłości i jej granicach
Historia Daniela Myśliwca w Widzewie to lekcja o tym, że ciągłość w pracy trenera to nie wartość sama w sobie. Po fatalnym okresie drużyny kibice zastanawiali się, czy to Myśliwiec poprowadzi ją na wiosnę. Kontrakt trenera ważny jest do końca tego sezonu – pisano w grudniu 2024, gdy prezes Michał Rydz uciął spekulacje, zapewniając, że trener zostaje.
To była próba utrzymania stabilności za wszelką cenę. Ale czasami zmiana, choć bolesna, jest konieczna. Myśliwiec dał Widzewowi półtora roku spokoju, systematycznej pracy, poczucie bezpieczeństwa. To były fundamenty, na których kolejni trenerzy mogą budować.
Szara eminencja, która zostawia po sobie ład
Gdy 24 lutego 2025 roku Daniel Myśliwiec został odsunięty od funkcji trenera Widzewa, część kibiców odetchnęła z ulgą. Inna część żałowała utraty stabilności. Prawda jest taka, że oba te uczucia były uzasadnione.
Myśliwiec nie był spektakularny, nie był charyzmatyczny, nie dawał kibicom powodów do ekstazy. Ale przez półtora roku Widzew wiedział, czego może się spodziewać. W klubie, który przez lata żył w chaosie, to było bezcenne.
Jego historia pokazuje, że czasami „szary eminencja” jest dokładnie tym, czego klub potrzebuje – ale tylko na określonym etapie rozwoju. Gdy fundamenty są już wybudowane, przychodzi czas na kogoś, kto potrafi na nich wznieść budynek marzeń.
Daniel Myśliwiec wypełnił swoją misję. Ustabilizował Widzew, dał mu poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. To, że pod koniec zabrakło mu świeżości i pomysłów, nie umniejsza tego, co wcześniej osiągnął. W futbolu nie każdy musi być rewolucjonistą – czasami wystarczy być solidnym rzemieślnikiem.
Widzew potrzebował takiego rzemieślnika. Teraz potrzebuje wizjonera.

