574 dni nieobecności, dwie operacje i wątpliwości co do przyszłości. Arkadiusz Milik wreszcie wrócił do kadry Juventusu, ale jego obecność na ławce w meczu z Romą może być tylko częścią większej gry. Włoski gigant potrzebuje pokazać światu, że 31-letni Polak jest zdrowy i gotowy do gry – choćby po to, by znaleźć dla niego nabywcę w styczniu.

W skrócie:
- Milik po 574 dniach wrócił do kadry Juventusu, ale włoskie media widzą w tym drugą dno
- Trabzonspor latem 2024 był gotów zapłacić za Polaka, ale transfer nie doszedł do skutku
- Zimowe okno może być ostatnią szansą Juventusu na odzyskanie części pieniędzy
Powrót jak z hollywoodziego scenariusza
Luciano Spalletti nie krył emocji, gdy ogłaszał skład na sobotnie starcie z Romą. „Milik był jak szczęśliwe dziecko, które może zagrać w grę, którą zawsze uwielbiało” – mówił trener Juventusu na konferencji prasowej, dodając: „Ma entuzjazm, zna swoją rolę i posiada przydatną charakterystykę”. Dla kibiców brzmiało to jak bajka o happy endzie. Dla włoskich dziennikarzy – jak dobrze przemyślany ruch marketingowy.
Tuttosport nie pozostawił złudzeń: powrót Milika na ławkę rezerwowych to nie wyłącznie decyzja sportowa. Juventus ma jasny plan – pokazać potencjalnym kupcom, że ich polski napastnik nie jest piłkarskim bankrutem po pięćsetkilkudziesięciu czterech dniach pauzy. Kilka występów przed styczniowym oknem transferowym, trochę minut w meczach niższej stawki, może nawet bramka przeciwko słabszemu rywalowi – i można wystawić go na sprzedaż z czytelnym komunikatem: jest zdrowy, jest gotowy, zabierzcie go.
Tureckie marzenie, które się nie spełniło
Trabzonspor wraca do gry jak widmo z przeszłości. Latem 2024 roku turecki klub był bliżej Milika niż ktokolwiek inny. Media z Trapezuntu informowały o wstępnym porozumieniu z zawodnikiem, zarząd klubu zatwierdził koncepcję transferu, trener Fatih Tekke otwarcie mówił o potrzebie sprowadzenia klasycznej dziewiątki. Wszystko wskazywało na to, że Polak zamieni Turyn na wybrzeże Morza Czarnego.
Problem? Zdrowie Milika było wówczas wielką niewiadomą. Samsunspor, inny turecki klub zainteresowany Polakiem, wycofał się z negocjacji właśnie ze względu na obawy o jego dyspozycję fizyczną. Trabzonspor miał te same wątpliwości, ale był skłonny podjąć ryzyko – do czasu. Gdy tureckie okno transferowe zamknęło się 12 września, Milik wciąż rehabilitował kolano w turyjskiej klinice. Transfer upadł bez jednego oficjalnego dokumentu.
Teraz, cztery miesiące później, sytuacja się zmieniła. Milik wrócił do treningów, dostał zielone światło od sztabu medycznego, a co najważniejsze – Trabzonspor wciąż szuka środkowego napastnika. Klub zajmuje trzecie miejsce w Super Lig z 35 punktami po 16 kolejkach, tracąc cztery punkty do mistrza kraju, Galatasaray. Paul Onuachu daje radę w ataku, ale Tekke chce mieć alternatywę – kogoś, kto potrafi grać plecami do bramki i budować akcje pozycyjne.
Historia kontuzji jak katalog nieszczęść
Czerwiec 2024. Mecz towarzyski z Ukrainą w Warszawie. Druga minuta spotkania. Milik próbuje odebrać piłkę, czuje ból w lewym kolanie, po chwili schodzi z boiska podpierany przez sztab medyczny. Diagnoza: uszkodzenie stawu kolanowego wymagające artroskopii. Euro 2024 odpada, ale wszyscy zakładają, że to kwestia kilku tygodni. Być może miesięcy.
Pierwsza operacja w czerwcu przebiegła pomyślnie, rehabilitacja ruszyła zgodnie z planem. Ale ból nie ustępował. We wrześniu stało się jasne, że problem jest poważniejszy niż zakładano. Druga operacja – tym razem bardziej inwazyjna – odbyła się na początku października. Kolejne trzy miesiące przerwy. Kolejne nadzieje, kolejne rozczarowania.
La Gazzetta dello Sport informowała w marcu 2025 o problemach mięśniowych, które zahamowały rehabilitację. Gdy wydawało się, że kolano jest już w porządku, pojawiły się urazy mięśni, które uniemożliwiły powrót do pełnego obciążenia. Dla 31-latka, którego historia z kontuzjami kolan ciągnie się od 2016 roku – gdy dwukrotnie zrywał więzadła krzyżowe – było to jak droga przez mękę.
Wartość rynkowa w wolnym spadku
W 2021 roku Olympique Marsylia zapłaciło Napoli około 10 milionów euro za Milika. Rok później Juventus wykupił go z Marsylii za niespełna 2 miliony. Teraz, po roku i siedmiu miesiącach bez meczów, jego wartość rynkowa według Transfermarkt wynosi zaledwie 1,5 miliona euro. To dramatyczny spadek dla zawodnika, który jeszcze niedawno był uważany za jednego z najlepszych polskich napastników swojego pokolenia.
Juventus przedłużył jego kontrakt w kwietniu 2025 do czerwca 2027 – ale to był wyłącznie zabieg księgowy, pozwalający rozłożyć jego wynagrodzenie na dłuższy okres. Klub otwarcie przyznaje, że nie widzi dla niego miejsca w składzie. Dusan Vlahović jest numerem jeden w hierarchii, Jonathan David dołączył latem z Lille, a młody Loïs Openda przyszedł na wypożyczenie z RB Lipsk. Milik jest piątym kołem u wozu.
Zimowe okno będzie dla Juventusu ostatnią szansą na odzyskanie jakichkolwiek pieniędzy. Tureckie kluby wciąż mogą być zainteresowane – Trabzonspor ma zatwierdzony budżet na pensję w wysokości 2,24 miliona euro rocznie, co pokrywa wynagrodzenie Polaka. Ale czy ktoś zaryzykuje transfer zawodnika, który nie grał przez ponad półtora roku? To pytanie, na które odpowiedź poznamy w styczniu.
